6 czerwca 2022
Kartki ze wspomnieniami
Stefania po obronie tytułu magistry psychologii wyjechała do Francji zrealizować projekt wolontariacki na uniwersytecie w Breście. Z ramach Europejskiego Korpusu Solidarności spędziła tam 9 miesięcy przyglądając się francuskiej kulturze od środka. Jakie są jej wrażenia?
Bretania – kraina Celtów
Jeszcze przed wyjazdem odmieniałam w głowie swój projekt we Francji przez wszelkie możliwe stereotypy – bagietki, kawiarnie, wino, elegancja. Tymczasem trafiłam do Bretanii, regionu najbardziej wysuniętego na zachód kraju i chyba najbardziej odległego kulturowo. Zamieszkuje go dość wyraźna mniejszość kulturowa, która posiada własny język, tradycje, flagę i która z dumą powtarza „jesteśmy Bretończykami, nie Francuzami”. Tereny, jak i kultura, są silnie związane z historią celtycką.
Jak się okazało, zamiast bagietek, jem naleśniki (tu ciekawostka: naleśniki pochodzą z Bretanii!). Zamiast wina, piję cydr. Zamiast znaków drogowych po francusku, widzę te po bretońsku – choć oczywiście język francuski jest językiem dominującym i wszechobecnym. Zamiast zwiedzać eleganckie miasta, spaceruję wzdłuż skalistych wybrzeży oceanu. Zamiast chodzić na dyskoteki, tańczę na fest noz, czyli ludowych bretońskich potańcówkach. I wiecie co? Nie żałuję ani trochę, że mój francuski rok nie jest stereotypowy. Choć wyjeżdżając z Polski nie miałam zielonego pojęcia o odrębności (wyjątkowości) Bretanii, to po przyjeździe zakochałam się w tej krainie druidów, ludowej muzyki i natury.
Przy okazji – tegoroczna piosenka reprezentująca Francję na Eurowizji wykonana jest w języku bretońskim. Jak ktoś napisał w komentarzu na YouTube, brzmi ona jak „celtycki rave w lesie”. Te słowa według mnie całkiem trafnie oddają też klimat Bretanii.
Życie codzienne
Ale właściwie, to co robię w tej krainie francuskich Celtów? Realizuję mój projekt wolontariacki na Uniwersytecie w Breście, w jednym z większych miast w regionie. Pracuję w Biurze ds. Życia Studenckiego, które zajmuje się animacją życia na kampusie. Najwięcej czasu spędzam przygotowując projekty graficzne (plakaty, broszury informacyjne, grafiki digitalowe). Pomagam również szukać informacji potrzebnych studentom-obcokrajowcom i organizować wydarzenia na uniwersytecie.
Jednym z większych wyzwań projektu był język, ponieważ moi współpracownicy nie mówią po angielsku, a moja znajomość francuskiego (jeszcze z czasów liceum!) na poziomie B1 była dość… rozczarowująca. Z czasem uważam ten „przymus” mówienia za jedną z największych zalet mojego programu. Dzisiaj mogę swobodnie rozwiązać większość problemów przez telefon, pracować, czy porozmawiać z kimś na dość proste tematy.
Mieszkam w akademiku razem ze studentami francuskimi i Erasmusami. Po trzecim roku studiów powtarzałam głośno i z pełnym przekonaniem, że już nigdy w życiu nie zamieszkam w domu studenckim, jednak jak można się przekonać „nigdy nie mów nigdy”. W biurze spędzam od 4 do 7 godzin dziennie, a w dni, gdy mam wolne popołudnia chodzę na zajęcia sportowe organizowane przez uniwersytet. Wieczory spędzam zwykle ze znajomymi wspólnie gotując, grając w bilard w barze czy chodząc na ściankę wspinaczkową.
Galeria pierwszych prób
Ten rok przerwy miał być rokiem wyjątkowym, pełnym fajnych wspomnień. Nie spodziewałam się jednak, że razem z otwartością na nowe, przyjdzie tyle ciekawych możliwości. Przede wszystkim życie w innym kraju, to wyzwania (jak umówić się na wizytę do lekarza?), codzienne zachwyty (pieczywo tutaj jest fantastyczne!) i rozczarowania (ale jak to nie sprzedają tu twarogu???). Ponadto w tym roku po raz pierwszy pracowałam z programami Adobe i zaczęłam budować swoje portfolio. Spędziłam dużo czasu w międzynarodowym towarzystwie, umiem rozpoznawać akcenty europejskie i dowiedziałam się, że Włosi kroją pizzę nożyczkami. To był dobry rok dla sportów: pierwszy raz pływałam kajakiem na otwartym morzu (tak, w kajaku można mieć chorobę morską), zaczęłam uczyć się surfować i kitesurfować, pojechałam w góry na skitury. Ferie grudniowe spędziłam pracując w restauracji w Disneylandzie. Wyleczyłam się z tej beznadziejnej miłości do Paryża i upodobałam sobie tradycyjne tańce ludowe z Bretanii.
Pierwszy raz wyjechałam na Gap Year i coś czuję, że nie będzie to moja ostatnia taka przygoda.
